PhaThaThai

6U9C6691-2

Początek listo­pa­da roz­piesz­czał nas pięk­ną pogo­dą, ale czwart­ko­we popo­łu­dnie było już pochmur­ne i tro­chę przy­gnę­bia­ją­ce. Żeby popra­wić sobie nastrój i roz­grzać zzięb­nię­te koń­czy­ny posta­no­wi­ły­śmy razem z Panią Łasuchową pójść na kawę, ale puste brzu­chy doma­ga­ły się cze­goś kon­kret­niej­sze­go niż cros­sa­int. Jako Samozwańcza Specialistka od Kuchni Dalekiego Wschodu nie mogłam zapro­po­no­wać nic inne­go, jak taj­ską restau­ra­cję o sym­pa­tycz­nej nazwie PhaThaThai.

PhaThaThai mie­ści się na ul. Więziennej, w miej­scu, gdzie jesz­cze nie­daw­no moż­na było zjeść bel­gij­skie fryt­ki. Restauracja to w zasa­dzie okre­śle­nie nie­co na wyrost. Knajpka jest malut­ka, prze­zna­czo­na raczej na szyb­kie posił­ki niż na dłuż­sze delek­to­wa­nie się sma­kiem. A szko­da, bo jest czym się delek­to­wać!

6U9C6695-2

Wnętrze jest małe, urzą­dzo­ne pro­sto i funk­cjo­nal­nie, kuch­nia jest oddzie­lo­na od sali jedy­nie szy­bą, co optycz­nie powięk­sza prze­strzeń. W loka­lu jest dosłow­nie kil­ka sto­li­ków. Większość miejsc było zaję­tych (dobry znak!), zatem zaję­ły­śmy krze­sła przy małym barze z wido­kiem na kuch­nię. Dobrze się zło­ży­ło, gdyż była to świet­na miej­sców­ka, by przez szy­bę obser­wo­wać krzą­ta­ją­cych się Kucharzy. A było co obser­wo­wać, bo przy­go­to­wa­nie dań z woka to umie­jęt­ne łącze­nie wody i ognia, któ­ry czę­sto efek­tow­nie buchał nad naczy­nia­mi. Warto zwró­cić uwa­gę na jed­ną rzecz – mimo połą­czo­nej z salą kuch­ni, małej prze­strze­ni i cią­głe­go sma­że­nia potraw, w loka­lu nie czuć było cha­rak­te­ry­stycz­ne­go zapa­chu, któ­ry ja nazy­wam „sma­że­li­ną”. Podejrzewam, że zasłu­ga spa­da na ogrom­ny wyciąg nad kuchen­ką. Dobrze pomy­śla­ne!

Ale przejdź­my do jedze­nia! Karta dań jest krót­ka i dość… Prowizoryczna. Wydrukowane na zwy­kłym papie­rze menu było moc­no sfa­ty­go­wa­ne i jak podej­rze­wam sta­no­wi ono tym­cza­so­we roz­wią­za­nie. Lista potraw jest bar­dzo krót­ka, ale sta­no­wi esen­cję popu­lar­nej taj­skiej kuch­ni. Dominują dania z woka, cur­ry, są też taj­skie zupy i przy­staw­ki oraz jeden, samot­ny deser. Co cie­ka­we w kar­cie nie ma napo­jów. Dojrzałam za ladą lodów­kę, więc są w ofer­cie. Podejrzewam, że trze­ba o nie po pro­stu zapy­tać.

Zaczęłyśmy od przy­sta­wek: sprin­grol­l­sów (czy­li saj­go­nek) (10 PLN za 3 szt+sos) oraz zupy Tom ka w wer­sji z kur­cza­kiem (12 PLN za kube­czek). Dania zosta­ły przy­go­to­wa­ne bły­ska­wicz­ne – przy­staw­ki i dania głów­ne poja­wi­ły się na sto­le jed­no po dru­kiem w cią­gu kil­ku minut. Dobrze, że przez szy­bę widać było cały pro­ces przy­go­to­wa­nia potraw, bo mogła­bym podej­rze­wać, że dosta­łam gotow­ca!

6U9C6670-2

Cóż mogę powie­dzieć – oba wybo­ry były tra­fio­ne! Springrollsy były jed­ny­mi z naj­smacz­niej­szych, jakie jadłam. Chrupiące, świe­żo sma­żo­ne, peł­ne sma­ko­wi­cie pikant­ne­go far­szu. Sos słod­ko-kwa­śny to stan­dard, ale dobrze dopeł­niał smak saigo­nek.

6U9C6677-2

>
Zupa Tom Ka w niczym im nie ustę­po­wa­ła. Esencjonalna, aksa­mit­na w kon­sy­sten­cji, ze słusz­ną ilo­ścią kur­cza­ka, warzyw i grzy­bów shi­ta­ke. Wyczuwalny, cytru­so­wy smak (pocho­dzą­cy z liści kafi­ru, a nie tra­wy cytry­no­wej, jak nam się wcze­śniej wyda­wa­ło) dopeł­niał świet­nej kom­po­zy­cji. Kubeczek wyda­je się nie­wiel­ki, ale w połą­cze­niu z daniem głów­nym sta­no­wi cał­kiem porząd­ny posi­łek.

No i wresz­cie przy­szedł czas na dania głów­ne. Pojawiły się na naszym sto­li­ku nie­mal rów­no z przy­staw­ka­mi. Na moim tale­rzu wylą­do­wa­ło danie o nazwie Suki Yaki w wer­sji z owo­ca­mi morza (22 PLN), a Pani Łasuchowa wybra­ła kla­sycz­ne Phad Thai z kur­cza­iem (18 PLN) – i każ­da z nas była zado­wo­lo­na!

Trzeba tutaj zazna­czyć, że danie, któ­re otrzy­ma­łam z praw­dzi­wym Suki Yaki wspól­ną ma tyl­ko nazwę. Oryginalne Suki Yaki to pocho­dzą­ce z Chin danie spo­pu­la­ry­zo­wa­ne w Tajlandii w latach 50. To tro­chę połą­cze­nie roso­łu z fon­dant – poszcze­gól­ne skład­ni­ki są poda­wa­ne na suro­wo. Każdy z uczest­ni­czą­cych w posił­ku chwy­ta pałecz­ka­mi inte­re­su­ją­cy go kąsek i zanu­rza na chwi­lę w garn­ku z gotu­ją­cym się bulio­nem, po czym macza w spe­cjal­nym sosie suki. Oczywiście każ­de mia­sto, a nawet każ­da restau­ra­cja ma swój spe­cjal­ny prze­pis na suki i listę dodat­ków. Potrawa, któ­rą dosta­łam była bar­dziej zbli­żo­na do japoń­skiej wer­sji suki yaki, któ­ra jed­nak wciąż moc­niej przy­po­mi­na zupę ze sma­żo­nym jaj­kiem niż dane z maka­ro­nem.

6U9C6683-2

Zatem musi­my uznać, że mamy do czy­nie­nia z waria­cją na temat suki yaki, a nie ory­gi­nal­nym daniem. Czy jest to roz­cza­ro­wu­ją­ce? Może tro­chę. Danie było prze­pysz­ne, posia­da­ło zacną ilość tytu­ło­wych owo­ców morza – kre­we­tek (śred­nie­go roz­mia­ru), kal­ma­rów i mał­ży. Do tego kla­sycz­ne warzyw­ka i aku­rat­nie pikant­ny sos. Smaki bar­dzo faj­nie się kom­po­no­wa­ły, pikant­ny sos, słod­ka­we warzy­wa, deli­kat­ny maka­ron i jaj­ko oraz sło­na­we owo­ce morza świet­nie się nawza­jem uzu­peł­nia­ły. Całość zro­bi­ła na mnie bar­dzo pozy­tyw­ne wra­że­nie i gdy­by danie nie nazy­wa­ło się Suki Yaki, tyl­ko „maka­ron po taj­sku z owo­ca­mi morza i jaj­kiem” nie mia­ła­bym abso­lut­nie żad­nych zastrze­żeń.

Danie Pani Łasuchowej było nie­co łagod­niej­sze w sma­ku i bar­dziej odpo­wia­da­ło swo­jej nazwie.

Phad Thai to kla­sycz­ne danie ulicz­ne, o dość krót­kiej, ale inte­re­su­ją­cej histo­rii – otóż jedze­nie Phad Thai swe­go cza­su było w Tajlandii (wów­czas jesz­cze Syjamie) spra­wą poli­tycz­ną! Pod koniec lat 30’ i na począt­ku 40’ pre­mier Tajlandii Phibun chciał jak naj­bar­dziej unie­za­leż­nić pań­stwo od wpły­wów chiń­skich i pobu­dzić w Tajach „patrio­tyzm eko­no­micz­ny” już na pozio­mie uli­cy. Osiągnął to mię­dzy inny­mi poprzez ogra­ni­cze­nie impor­tu zbo­ża i zbo­żo­wych noodli z Chin. Czym je zastą­pić? Oczywiście maka­ro­nem ryżo­wym! Smażone na woku noodle ryżo­we szyb­ko sta­ły się bar­dzo popu­lar­nym, szyb­kim daniem i jed­nym z sym­bo­li Tajlandii i taj­skiej kuch­ni.

6U9C6680-2

Phad Thai ser­wo­wa­ny we Wrocławiu sma­ku­je na pew­no ina­czej, niż na uli­cy w Bankoku, ale nie zna­czy to, że jest gor­szy! Danie Pani Łasuchowej było bar­dzo smacz­ne. Obie nas zachwy­cił abso­lut­nie ide­al­ny maka­ron ryżo­wy – dość gru­by, nie za twar­dy, nie za mięk­ki – ide­al­nie sprę­ży­sty. Do tego przy­zwo­ita ilość mary­no­wa­ne­go kur­cza­ka, grzyb­ków shi­ta­ke i warzyw ską­pa­na w bar­dzo przy­jem­nym, aro­ma­tycz­nym sosie. Smaku cało­ści doda­wa­ła świe­ża kolen­dra.

Jak widać, sma­ki w PhaThaThai, choć nie ide­al­nie taj­skie bar­dzo nam paso­wa­ły. Dania były przy­go­to­wa­ne na świe­żo, bar­dzo dobrze przy­pra­wie i poda­ne w eks­pre­so­wym tem­pie. Ciut gorzej z ich pre­zen­cją. Co tu dużo mówić – kar­to­no­we tac­ki, papie­ro­we kubecz­ki i pla­sti­ko­we sztuć­ce tro­chę odbie­ra­ją miej­scu kli­ma­tu. Oczywiście, to kwe­stia bar­dzo nie­wiel­kie­go loka­lu, no i koniec koń­ców, przy­go­to­wy­wa­ne tu dania to jed­nak typo­wy (choć wschod­ni) fast food, jed­nak ceny nie nale­żą do naj­niż­szych i pod­świa­do­mie ocze­ku­je się cze­goś porząd­niej­sze­go. No i por­cje mogły­by być odro­bio­nę więk­sze – obec­nie jak dla mnie (a jem zupeł­nie śred­nie ilo­ści jedze­nia) wiel­ko­ści potraw były „wystar­cza­ją­ce”, ale nic ponad to.

PhaThaThai dopie­ro zaczy­na i widać prze­strzeń do popra­wek – od nie­co pro­wi­zo­rycz­nej for­my menu aż po dopra­co­wa­nie jego zawar­to­ści – ale jest to zde­cy­do­wa­nie god­na pole­ce­nia opcja na szyb­ki i bar­dzo smacz­ny posi­łek. Ja na pew­no do PhaThaThai jesz­cze wró­cę, aby wypró­bo­wać pozo­sta­łe dania z kar­ty i popod­glą­dać sze­fa kuch­ni przy pra­cy.

PhaThaThai
ul. Więzienna 5, Wrocław
http://www.facebook.com/phathathai

1 Comments: